Gdy domdlewasz na łożu, całowana przeze mnie,
Chcę cię posiąść na zawsze, lecz daremnie, daremnie!
Już ty właśnie — nie moja, już nie widzisz mnie wcale.
Oczy mgłą ci zachodzą, ślepną w szczęściu i szale!
Zapodziewasz się nagle w swoim własnym pomroczu,
Mam twe ciało posłuszne, ale ciało — bez oczu!...
Zapodziewasz się nagle w niewiadomej otchłani,
Gdziem nie bywał, nie śniwał, choć kochałem cię dla niej!... (Bolesław Leśmian - Gdy domdlewasz na łożu)
Nikt nas nie widział — chyba te ćmy,
Co puszyścieją w przelocie.
I tak nam słodko, że tylko — my
Wiemy o naszej pieszczocie.
Młodsza twa siostra, zrywając wrzos,
Śledziła szept nasz daleki...
I mówiąc z nami, ucisza głos —
A milknąc — spuszcza powieki.
I po ogrodzie mknie wzdłuż i wszerz,
Zaprzepaszczona w swym śpiewie!
I tak nam słodko, że ona też
Wie o tym, o czym nikt nie wie... (Bolesław Leśmian - Tajemnica)
Znam tyle twoich pieszczot! Lecz gdy dzień na zmroczu
Błyśnie gwiazdą, wspominam tę jedną — bez słów,
Co każe ci ustami szukać moich oczu...
Tak mnie zegnasz zazwyczaj, im powrócę znów.
Czemu właśnie w tej chwili, gdy odejść mi pora,
Pieścisz oczy, nim spojrzą w czar lasów i łąk?...
Bywa tak: świt się budzi od strony jeziora,
Nagląc nas do rozplotu snem zagrzanych rąk...
O szyby — jeszcze chłodne — uderza pozłotą
Nagły z nieba na ziemię świateł zlot i spust —
Usta twe — na mych oczach! Co chcesz tą pieszczotą
Powiedzieć? Mów — lecz zmyślnych nie odrywaj ust! (Bolesław Leśmian - Usta i oczy)
Przyjaciele są jak ciche anioły,
które podnosza nas,
gdy nasze skrzydła zpomiały jak latać
******************************************
Com uczynił, żeś nagle pobladła?
Com zaszeptał, żeś wszystko odgadła?
Jakże milcząc poglądasz na drogę!
Kochać ciebie nie mogę, nie mogę!
Wieczór słońca zdmuchuje roznietę.
Nie te usta i oczy już nie te...
Drzewa szumią i szumią nad nami
Gałęziami, gałęziami, gałęziami!
Ten ci jestem, co idzie doliną
Z inną — Bogu wiadomą dziewczyną,
A ty idziesz w ślad za mną bez wiary
W łez potęgę i w oczu swych czary —
Idziesz chwiejna, jak cień, co się tuła —
Wynędzniała, na ból swój nieczuła —
Pylną drogę zamiatasz przed nami
Warkoczami, warkoczami, warkoczami!
(Bolesław Leśmian -
Com uczynił, żeś nagle pobladła)
Lubię szeptać ci słowa, które nic nie znaczą —
Prócz tego, że się garną do twego uśmiechu,
Pewne, że się twym ustom do cna wytłumaczą —
I nie wstydzą się swego mętu i pośpiechu.
Bezładne się w tych słowach niecierpliwią wieści —
A ja czekam, ciekawy ich poza mną trwania,
Aż je sama powiążesz i ułożysz w zdania,
I brzmieniem głosu dodasz znaczenia i treści...
Skoro je swoją wargą wyszepczesz ku wiośnie —
Stają mi się tak jasne, niby rozkwit wrzosu —
I rozumiem je nagle, gdy giną radośnie
W śpiewnych falach twojego, co mnie kocha, głosu.
(Bolesław Leśmian -
Lubię szeptać ci słowa)
Twój portret z lat dziecinnych... Ten uśmiech niecały,
Co dziś mi zapowiada pieszczotę gołębną —
Też nogi, które grzeję wargami, gdy zziębną —
Lecz skaczące w ogrodzie przez sznur rozbujały.
Pierś — jagoda znikliwa i nie do ujęcia,
W biegu wklęta w ramiona, jak łódź między wiosła,
Serce czuć w niej, jak w gnieździe ciepły łeb pisklęcia:
Długo siebie nie znało, nim w pełnię urosła!
Na dwie siostry w rozłące — patrzę na przemiany,
I czarem podobieństwa w milczeniu się poję —
Którąż dzisiaj posiadam, żądzą opętany?
Jednąż kocham dziewczynę czyli dziewcząt dwoje?
(Bolesław Leśmian - Twój portret z lat dziecinnych)
Wszystkie cytaty uzywane przeze mnie jako tytuły notek pochodzą
z wierszy Wisławy Szymborskiej.
Czasem zastanawiam się co by było… gdybym… nie zmieniła pracy, wyszła za mąż za kogoś innego… została w moim rodzinnym mieście… albo wyjechała gdzieś daleko. Pewnie moje życie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej… ale czy dzięki temu byłabym szczęśliwsza, czułabym się bardziej spełniona zawodowo… jako kobieta , matka… Sama nie wiem. Najbardziej niepokoi mnie to, że takie myśli w ogóle przychodzą mi do głowy.
Lata osiemdziesiąte.
W szkole miałam już stały angaż, byłam w trakcie uzupełniania wykształcenia. Na dyplomie widniało mgr pedagogiki… ale niestety bez specjalizacji nauczycielskiej. Studium metodyczne ukończyłam już w trakcie urlopu macierzyńskiego. Kolejne 3 lata spędziłam z moim synkiem, na bezpłatnym urlopie wychowawczym. Paweł, żeby utrzymać naszą powiększoną rodzinę pracował praktycznie na 3 etatach. Odszedł z Huty do prywatnego biura projektowego. Był projektantem, kreślarzem na zlecenie i sprzątaczką na 1/3 etatu. Pod względem finansowym to był najgorszy etap w naszym życiu. Pamiętam święta na które udało się nam kupić pół kg wędzonego karczku. Był nieco tańszy od szynki. Na drugi dzień świat odwiedził nas Wojtek z Aną. Przynieśli niemieckie słodycze, dla dzieci. Trzeba było ich czymś poczęstować. Pokroiłam cieniutko karczek, postawiłam przystawki. Paweł wyjął jakiś alkohol. Bratu karczek wyjątkowo posmakował. Nakładał sobie kolejne kawałki na talerzyk i pochłaniał z apetytem, chwaląc wędlinę. Paweł każdy kawałek odprowadzał wzrokiem, nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, chociaż za nic nie chciałam się przyznać co mnie tak bawiło.
Synek rósł, rozwijał się doskonale. Bardzo chciałam wrócić do pracy. Ale żal mi było maluszka, mój mąż wolał sam ciężko pracować, żeby tylko jego ukochany chłopczyk mógł spokojnie dorastać, bez przygód jakie były udziałem jego siostry. Żłobek w miasteczku, był wtedy w budowie, a opiekunkom nie wierzyliśmy oboje. Na szczęście 3 letni Błażej „przyjął” się w przedszkolu doskonale. Był dzieckiem towarzyskim, kontaktowym, miał pozytywny stosunek do kolegów, przedszkolanek i przedszkola w ogóle.
Mogłam wrócić do pracy. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że nauczanie może być całkiem przyjemne. Miałam dużo pomysłów, podobały mi się wszelkie innowacje. Lubiłam eksperymentować, a jednocześnie starałam się nauczyć moje dzieci jak najwięcej i sprawić żeby szkoła kojarzyła im się z czymś miłym, przyjaznym. Wkrótce rodzice zaczęli zabiegać o zapisywanie dzieci do mojej klasy. Zaczęłam dostawać nagrody i wyróżnienia.
Dodatkowo praca w szkole stwarzała mnie i moim dzieciom możliwość atrakcyjnego spędzania wakacji niewielkim kosztem. Wyjeżdżałam na obozy instruktorskie, kolonie letnie zabierałam ze sobą Dinę i Błażeja. Pracowałam jako wychowawczyni, kierowniczka koloni w zamian za udział moich dzieci. Miejsca były dość atrakcyjne, Jarosławiec, Trójmiasto, Kołobrzeg, Darłówek, Warszawa. Paweł w tym czasie przeprowadzał drobne remonty domowe. Na rodzinne wczasy niestety nie było nas stać. Część wakacji spędzaliśmy u teściów na Mazurach.
Straciłam ostatnio chęć do dalszego pisania wspomnień. Moje życie było całkiem zwyczajne i sama nie wiem co mnie podkusiło, żeby je „uwieczniać” komu i czemu to ma służyć. Były w nim chwile szczęśliwe… ale było też wiele takich, o których nie chciałabym wcale pamiętać… z każdą notatką zbliżam się właśnie do tych ostatnich… Nie wiem czy dam radę, czy potrafię opowiedzieć o tym, co tak bolało wtedy i co dziś nadal budzi tyle emocji… jeśli mój pamiętnik urwie się nagle… wybaczcie… nie chciałam rozdrapywać ran.
Rok 1984
Po 5 latach pracy w zamkniętym zakładzie, pomimo bardzo intratnych propozycji postanowiłam zmienić coś w swoim monotonnym życiu. Poszukałam szczęścia w szkole i zostałam „panią od nauczania początkowego” taki akurat wakat był w miejscowej podstawówce. Dogodniejsze godziny pracy, wakacje, ferie, więcej czasu dla siebie i dziecka. Czy ta praca będzie mi odpowiadała, miałam się przekonać z czasem. Dina dorosła do przedszkola i babcia z ulgą wróciła do spokojnego życia, bez obowiązków i atrakcji jaką była opieka nad naszą córką. Oboje z Pawłem postanowiliśmy, że to ostatni moment na powiększenie rodziny. On bardzo chciał mieć syna, ja drugie dziecko, i raczej dziewczynkę, bo wiedziałam już jak obsługiwać taki model niemowlaka.
Zaplanowaliśmy wszystko starannie, posługując się fachową literaturą i udało się. W lutym 1984 roku urodziłam synka. Nie obyło się bez komplikacji. Tym razem bardzo szybko się powiększałam. Przytyłam znacznie więcej niż przy Dinie. Szkoła w której pracowałam mieściła się w trzech obiektach oddalonych od siebie. Osobno klasy pierwsze, drugie i trzecie i czwarte wzwyż. Moja dyrektorka uważała, że ciężarnej ruch dobrze zrobi i zaplanowała mi kolejne lekcje w klasie pierwszej, trzeciej i zastępstwo czasowe w czwartej. W czasie 10 minutowej przerwy musiałam codziennie przebiec około pół kilometra. Schody zaczęły się w zimie. Było ślisko, miałam kłopoty z zachowaniem równowagi… i kilka razy zdarzyło mi się przewrócić. Pani doktor stwierdziła zagrożenie ciąży. Dostałam zwolnienie, odpowiednie leki, w końcówce trafiłam do szpitala na patologie ciąży. Bardzo się buntowałam. Z natury jestem dość energiczną osobą, a takie bezczynne leżenie w łóżku było dla mnie skaraniem boskim. Do tego zamartwiałam się o Dinę która została z Pawłem. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie. Urodziłam 2 dni przed czasem. Prawie bezboleśnie i w rekordowym tempie. Okazało się, że odkleiło się łożysko na odcinku wielkości starej pięciozłotówki i tylko właściwa terapia pozwoliła mi donosić ciążę. Byłam obiektem sporu pomiędzy moją lekarką, a ordynatorem oddziału. Żeby udowodnić swoje racje pani doktor przyśpieszyła mój poród. Od poniedziałku miała zaplanowany urlop. Dostałam kilka zastrzyków i poszło jak z płatka. Urodziłam w niedzielę o godzinie 12.00 w południe. Niektórzy żartowali, że to nienajlepszy znak. Pewnie zostanie księdzem…. Albo niebieskim ptaszkiem… „urodzonym w niedzielę”. Po lekkim szoku byłam nawet zadowolona, że Paweł wreszcie dostanie swojego wymarzonego syna… Mężczyźni:)
Kto z mojego pokolenia nie pamięta tych piosenek... znają je nawet moje dzieci... tyle wspaniałych wspomień... wystarczy zamknąć oczy:)
Od połowy grudnia ogarnia mnie świąteczna chandra. Nie wiem gdzie powinnam szukać jej źródeł. Pisząc te wspomnienia, usiłuję przypomnieć sobie kiedy po raz pierwszy poczułam, że jest to dla mnie szczególnie ciężki okres. Zawsze chce by wszystko wypadło jak najlepiej, staram się, planuję. A potem jest jak zwykle. Jestem zmęczona, nerwowa, wybucham z byle powodu i najchętniej spędziłabym ten okres głęboko skryta w mysiej dziurze. Czasami myślę, ze za bardzo się staram… albo za dużo wymagam od siebie lub innych. A może tak mają inne kobiety… tylko o tym się raczej nie mówi. W moim rodzinnym domu okres przedświąteczny był zawsze bardzo „gorący”.
Lata osiemdziesiąte
Kiedy nasza córka przebywała jeszcze u dziadków zamieszkał z nami mój najmłodszy brat. Zawsze był bardzo inteligentnym, zdolnym i wrażliwym chłopcem. Niestety nie należał do najbardziej pracowitych. Okazało się, że trzecia klasa LO, była dla niego „za trudna”. Zamiast poświęcać czas nauce wolał włóczyć się ze swoim przyjacielem po pobliskim parku. Nie otrzymał promocji do następnej klasy. Mama przeżyła to jak osobistą porażkę. Wstyd przed sąsiadkami, syn wykolejeniec, lepiej żeby się powiesił. Włosy stanęły mi dęba. Moja mama umiała nieźle umilić życie, wiedziałam coś o tym. Brata było mi zwyczajnie żal. Porozmawiałam z Pawłem i Wojtek zamieszkał z nami. Pracował w moim zakładzie, jako robotnik na rdzeniarni, a naukę kontynuował w LO dla dorosłych. Niebawem znalazł sobie dziewczynę i niedługo po maturze wzięli ślub. Ana była autochtonką, miała niemieckie pochodzenie i pół rodziny w NRF. Nie sądzę żeby to wpłynęło jakoś na uczucia mojego brata. Byli i są nadal dobraną parą, myślę też, że Wojtek nie chciał wracać pod skrzydła mamusi, a mieszkać wiecznie u nas też nie zamierzał. No i zwyczajnie się zakochał. Nie był przyzwyczajony do dbania o siebie, mama we wszystkim wyręczała swoich synków, a ja wymagałam. żeby robił to samodzielnie. Pawła śmieszyło, a mnie doprowadzało do szewskiej pasji pranie koszul przez mojego cwanego braciszka. Zapierał mankiety i kołnierzyk, twierdząc że reszta jest absolutnie czysta i nie ma sensu męczyć się z praniem i prasowaniem całej koszuli. Nie będę przytaczać czego musiał wysłuchiwać ode mnie.
W 1981 roku ożenił się ze swoją Aną i ona całkowicie przejęła rolę mojej mamy. Była doskonałą żoną i gospodynią i Wojtek mógł znów zając się swoimi „męskimi sprawami” Wkrótce dostali mieszkanie. Żyliśmy w wielkiej przyjaźni, spędziłam wiele godzin w ich maleńkim przytulnym mieszkanku. Pomimo sporej różnicy wieku - 6 lat, zawsze lepiej dogadywałam się właśnie z Wojtkiem. Podobne zainteresowania, to samo poczucie humoru. Mogliśmy rozmawiać ze sobą godzinami i nigdy nie mięliśmy dość.
Misiek mój dwa lata młodszy brat był zupełnie różny. Pupilek mamy. Żył w swoim świecie `techniki, motoryzacji, majsterkował, przerabiał. Był pedantem, porządnickim i pewnie dlatego ukochanym synkiem. My woleliśmy czytać, słuchać muzyki, dyskutować o sprawach egzystencjalnych, filozoficznych. Bujać w obłokach, a nade wszystko za bardzo nie przejmować się zrzędzeniem mamy.
Te lata spędzone w jednym miejscu zamieszkania, to był najlepszy okres w naszych wzajemnych kontaktach. Bardzo mocno zbliżyliśmy się do siebie, Widywaliśmy się praktycznie codziennie. Szczególnie kiedy dzień spędzałam z moim synkiem podczas urlopu wychowawczego, wieczory odreagowywałam z bratem i bratową, zostawiając Pawła z jego „skarbem”. Muszę przyznać, że radził sobie doskonale i nigdy się nie skarżył, a ja dzięki temu nie zwariowałam przebywając bez przerwy z dziećmi.
W 1985 roku Dina poszła do pierwszej komunii. Udało mi się kupić śliczną, skromną sukienkę z koronki. Moja córeczka wyglądała jak mała królewna i tak się chyba czuła Przyjęcie na 20 osób przygotowałam w domu. Pomogła mi mama. Największym problemem było pieczenie dużej ilości ciasta, aby obdarować wszystkich znajomych… taki regionalny zwyczaj. Na szczęście udało mi się w porę zaklepać panią, która takie ciasta piekła okazjonalnie. Było domowo, rodzinnie, skromnie ale bardzo przyjemnie. Teraz komunie to prawie małe wesela, wtedy nikt nie robił takich przyjęć w restauracjach… no w każdym razie w naszym miasteczku.
Czasem nasze życie wplata się w historię i tylko szkoda, że nikt nas o tym nie informuje. Po latach ze smutkiem stwierdzamy, że byliśmy świadkami ważnych wydarzeń… ale staliśmy sobie cichutko na boku… bo nie wiedzieliśmy tak naprawdę, że są aż tak ważne. A może tylko nielicznym, tym wybranym, dane jest zaistnieć na kartach historii… płacą za to niejednokrotnie straszną cenę… a nieraz trafiają tam przez przypadek. Mnie nie zdarzyło się nic z tych rzeczy… może byłam w złym miejscu… a może jestem zbyt zwyczajna, żeby miało mi się przydarzyć coś niezwykłego.
Lata osiemdziesiąte – stan wojenny…
Jako specjalista ds. szkolenia pracowałam w sumie 5 lat. Z początku praca miała dla mnie urok nowości, potem dobrze wykonywanego obowiązku. Miałam dużo wolnego czasu, proste obowiązki nie sprawiały mi żadnych trudności, problem stanowiły jedynie godziny pracy od 6.30 do 14.30. Wstawanie skoro świt było koszmarem, do tego dziecko które trzeba było odtransportować do opiekunki, potem za czasów babci było już lepiej, ale i tak chodziłam wiecznie niewyspana.
Po upływie jakiś 4 lat zaczynałam mieć powoli dość: zamkniętego zakładu, mało ambitnej pracy, czułam, że się nie rozwijam, kawki, ploteczki z koleżankami i kolegami zaczęły mnie nudzić. Rozpaczliwie potrzebowałam zmiany.
Stan wojenny zastał mnie w Nosie. Pojechałam odwiedzić rodziców. Dina została w domu z Pawłem. To co przeżyłam rankiem 13 grudnia 1981 roku pamiętam do dziś. Dławiący strach, koszmar mojego dzieciństwa, dla mnie to nie był stan wyjątkowy tylko wojna jaką znałam z opowieści najbliższych. Wyobraziłam sobie moją malutką córeczkę samą w domu, bo przecież Paweł na pewno jest już w koszarach, zmobilizowany. Chciałam do domu natychmiast, zaraz. Wróciłam bez większych przeszkód. Właściwie to nic się nie działo, jakieś patrole na dworcu w O. ale kiedy dotarłam do domu wszystko było w porządku. Kolejny rok wyglądał podobnie. W naszej mieścinie nic się nie zmieniło do 31 grudnia 1982 roku kiedy stan wojenny zawieszono i do 22 lipca 1983 roku kiedy go zniesiono nie odczuliśmy jego skutków. To co się działo znaliśmy z mediów, niestety mało obiektywnych, lub szeptanych po kątach plotek , w które nie wszyscy wierzyli. Wtedy po raz pierwszy dowiedziałam się o Solidarności. Przyznam się szczerze, że nie za bardzo ufałam tej organizacji, nie wiedziałam z czym to tak naprawdę powiązać, ludzie szeptali różnie, nagle okazało się, że najbardziej zagorzali zwolennicy poprzedniej władzy są członkami ruchu rewolucyjnego udającego związek zawodowy. Prowokacja, czy idealne wyczucie koniunktury. Postanowiłam nie mieszać się do tych spraw i przeczekać. Miałam córkę o którą powinnam zadbać. A to wcale nie było łatwe w czasach zdobywania, a nie zwyczajnego kupowania wszystkiego co stanowiło minimum egzystencji.
Był jeszcze inny powód mojej wstrzemięźliwości politycznej. Byłam dzieckiem reżimu komunistycznego i nie wyobrażałam sobie jak mógłby wyglądać świat bez Wielkiego Brata, żelaznych kurtyn. Mój ojciec, ciocia, wujek byli zachwyceni. Nareszcie, znienawidzone „komuchy” dostaną za swoje, będzie jak kiedyś, jak dawniej. W końcu za to walczyli. Nie podzielałam ich radości. Bałam się otwartej walki, byłam przede wszystkim matką i żoną. Paweł również nie garnął się do wyzwalania ojczyzny. Wiedział, że w razie otwartej wojny zostanie powołany do walki ze swoimi. Był oficerem rezerwy. A wojsko było po stronie „jedynie słusznej”.
Ale nic się nie działo. Nadal co dzień rano chodziliśmy do pracy. W naszym miasteczku nie sposób było zauważyć jakichkolwiek zmian. Nikogo nie aresztowano tzn. nie internowano, patrole nie przechadzały się po ulicach, czterech na krzyż, bo po co. O ograniczeniach wolności obywatelskiej wiedziałam z mediów.
Wciąż brakowało podstawowych produktów w sklepach, kartki na cukier, mięso i jego przetwory, masło, mąkę, ryż i kaszę, a nawet mydło, proszek do prania i papier toaletowy, po 13 grudnia poszerzono o czekoladę, alkohol i benzynę. Ten ostatni produkt na szczęście nas nie dotyczył. Ceny samochodów jak na nasze młode gospodarstwo domowe były horrendalne. Paweł dysponował wprawdzie prawem jazdy, ja nawet nie marzyłam o takim luksusie.
Na książeczkę zdrowia dziecka można było dostać jeszcze pieluchy, watę i mleko w proszku. Każdy taki zakup stemplowano. Oprócz kartek trzeba było mieć oczywiście pieniądze, niektórzy handlowali nawet kartkami lub częściej wymieniano produkty mniej potrzebne na te bardziej co było sprawą czysto indywidualną. Osobiście chętnie zamieniałam alkohol na czekoladę lub coś bardziej pożytecznego. Posiadanie kartek nie gwarantowało zdobycia upragnionych produktów. Trzeba było je odstać w kilometrowych kolejkach. Bliska znajoma lub ktoś z rodziny w sklepie mięsnym, było wówczas wielce pożądane. Ten poniżający stan rzeczy trwał 13 lat, od 13 sierpnia 1976 roku (wprowadzono kartki na cukier) do końca lipca 1989 roku kiedy rząd Rakowskiego zniósł kartki na mięso. Były też ceny umowne 2, 3 razy droższe od cen kartkowych, ale to pod koniec reglamentacji i mięso z uboju gospodarczego. Raz, na święta, udało mi się kupić królika, zabitego, ale nie sprawionego, nad którym potem gorzko płakałam i za nic nie wiedziałam co z nim zrobić. Nie przypominam sobie żebym go jadła. Wystana od 2 nad ranem szynka świąteczna, smakowała tak, jak żadna, najdroższa dziś, wędlina. To były straszne, poniżające, ale i ciekawe w pewnym sensie czasy. Ludzie garnęli się do siebie. W kolejkach można było zawrzeć niebanalne znajomości. Wszyscy kochali kabarety a jakakolwiek zakamuflowana krytyka władzy krajowej i tej odgórnej przyjmowana była z prawdziwym aplauzem.
Kabarety były wyłącznie polityczne i ostro tępione przez władzę, cenzura szalała, ale i tak wszyscy wiedzieli co właśnie obcięła. Czytanie niewłaściwych książek lub słuchanie nieodpowiednich stacji radiowych, mogło się skończyć więzieniem. Ale o tym też tylko słyszałam. W naszym miasteczku nikt nie kwapił się do donoszenia na sąsiadów.
I chociaż nie odczuwałam osobiście jego skutków to kiedy wreszcie 22 lipca… spektakularna data… 1983 roku wreszcie go zniesiono, poczułam się znów wolna.
Kiedyś myślałam, że powinnam nagromadzić jak najwięcej wspomnień, nie tych codziennych, podobnych do siebie jak krople wody: praca, dom, zakupy, dzieci, kolejki, te same twarze i miejsca, ale takich, które kiedy już oboje z Pawłem będziemy starzy, moglibyśmy wspominać siedząc w bujanych fotelach przy kominku. Myślałam naiwna, że wiek pozwoli na wybaczenie, że nareszcie będziemy wobec siebie szczerzy, bo mnie nie zaboli przecież to, że on pół wieku temu podkochiwał się w pani Ali, a ja opowiem mu jak cudownie całował nasz wspólny znajomy z wakacji. Ale im więcej lat mi przybywa tym bardziej wycofuję się z tego pomysłu… wiem, że takie wspomnienia zawsze sprawią jedynie ból. Ból zdrady i odrzucenia. Nigdy nie opowiem Pawłowi swoich małych i tych większych tajemnic i wcale nie chce, żeby on był ze mną absolutnie szczery. Zaufanie do drugiego człowieka nie może polegać na mówieniu sobie wszystkiego. Jestem z nim bo chce tego i to samo dotyczy jego. W życiu wciąż dokonujemy wyborów i nic nie jest dane nam raz na zawsze. Chce mieć prawo do posiadania swojego pokoju Sinobrodego i takie samo prawo daję mojemu partnerowi. Życie bez małych tajemnic byłoby nudne, jak film oglądany każdego roku na święta.
Szalone lata osiemdziesiąte…
Szkoląc innych dostawaliśmy też propozycje szkoleń dla siebie. Moi współpracownicy jakoś nie kwapili się do podnoszenia swoich kwalifikacji zawodowych, szef uzupełniał wyższe wykształcenie, ja natomiast zaczynałam „tęsknić” za nauką. Wynikało to po części z tego, że praca jaką wykonywałam powoli zaczynała mnie nudzić. Przy pierwszej okazji sama zapisałam się na kurs kwalifikacyjny III stopnia dla kadry kierowniczej, traktowany po części jako studia wyższe lub podyplomowe. Szef podpisał nie miał wyjścia, chociaż się dziwił. Zajęcia odbywały się w Ośrodku Doskonalenia Kadr Kierowniczych w niewielkim miasteczku pod Częstochową. Otoczenie było bardzo urokliwe, las, jezioro. Dwu i trzyosobowe pokoje, pełne wyżywienie, oczywiście wszystko gratis. Koszty dojazdów zwracał zakład macierzysty. Zjazdy tygodniowe, raz w miesiącu przez pół roku. Byłam zachwycona. Towarzystwo w różnym wieku z przewagą ludzi młodych, kadra wykładowców doborowa, wyrozumiała i mało wymagająca. A zajęcia jak zajęcia. Jedne więcej, drugie mniej ciekawe.
Główne atrakcje i tak przypadały na tzw. czas wolny zorganizowany. Ogniska, wyprawy w nieznane, zajęcia w podgrupach, nocne eskapady a nawet spacery czy wypady do Częstochowy. Poczułam się znów jak na studiach. Nie było męża z oczami dookoła głowy, nudnej papierkowej roboty, wystawania w kolejkach. Od razu znalazłam sobie koleżankę, Julka dużo ode mnie młodsza, dziewczynę po maturze. Zamieszkałyśmy razem z panią Anią, poważną trzydziestokilkulatką, która uważała nas za „głupie smarkule” z racji beztroskiego zachowania. W pierwszym tygodniu zajęć poznaliśmy się wszyscy i jak by to dziś nazwano bardzo się zintegrowaliśmy, co wcale nie było trudne zważywszy na rodzaj zajęć popołudniowych, zakrapianych, a jakże, alkoholem.
Był rok 1978 moja córka skończyła rok, Polak objął stolicę apostolską, o czym dowiedziałam się w Częstochowie, na Jasnej Górze, gdzie obie z Julką lubiłyśmy spędzać czas, po zajęciach, obowiązkowych, a przed nadobowiązkowymi. Obie te sytuacje bardzo mnie wzruszyły, chociaż każda inaczej.
Na drugi zjazd jechałam już z prawdziwą radością i przyjemnością jaką daje spotkanie z sympatycznymi znajomymi. Zaraz po rozpakowaniu, wpadłam do pokoju obok, gdzie mieszkali nasi dwaj zaprzyjaźnieni koledzy, żeby zapytać o jakiś drobiazg. Zapukałam jak należy, byłam przekonana, że za chwilę zobaczę, sympatycznego rudego Stasia, albo szalonego Maćka, znającego mnóstwo zwariowanych anegdot, którymi rozbawiał towarzystwo. Jakież było moje zdumienie, kiedy na odgłos mojego pukania, drzwi otworzył nieznajomy na widok którego straciłam głos. Stałam i gapiłam się, myśląc jednocześnie, jakim cudem ten boski facet znalazł się w pokoju naszych kolegów. Pomyliłam pokoje, pomyślałam i zamierzałam się dyskretnie wycofać, chociaż przyznaję z pewnym żalem.
Jakby odgadł moje myśli powiedział z uśmiechem:
- Szukasz Stasia czy Maćka? Niestety wyszli zostałem tylko ja, jeśli mogę w czymś pomóc. Jestem Błażej.
Podał mi rękę, a ja poczułam, że moje serce stanęło i wcale nie zamierza ruszyć.
- Grażyna – wyjęczałam jakoś. I staliśmy tak, może wiek, może dwa, ale wcale mi to nie przeszkadzało.
Powiedział mi jeszcze, że jest na naszym kursie a na pierwsze zajęcia nie mógł przyjechać, za to teraz żadnych już nie opuści. Mówił to z takim uśmiechem, że zapomniałam zupełnie, że kiedyś miałam w ogóle męża.
Kiedy wreszcie dotarłam do naszego pokoju wzburzenie było po mnie widać na pierwszy rzut oka.
- Co ci się stało - spytała Julka - przestraszona moim nieprzytomnym spojrzeniem.
- Lepiej żebyś nie wiedziała, mamy nowego kolegę, jak dla mnie bomba, tylko pamiętaj ja pierwsza go zobaczyłam – roześmiałam się, chociaż w środku czułam że z tego mogą być kłopoty.
Ten tydzień i następne były szalone i wypełnione po brzegi Błażejem. Bo zostaliśmy kursową parą. Wbrew rozsądkowi, etyce, moralności i co tam kto chce czułam, że nie mogę go sobie zupełnie odpuścić. Byłam zauroczona jego męska urodą, intelektem o czym się przekonałam niebawem, urokiem, siłą. Był wszystkim czym mężczyzna może być dla kobiety. Mówił mi takie rzeczy jakich chciałam zawsze słuchać, przenosił na rękach przez kałuże, otulał swoją kurtką kiedy marzłam, całował jak nikt na świecie. Kochał poezje, muzykę, i nie umniejszało to jego męskości. A co najważniejsze rozumiał, że nie jestem wolna, że tak naprawdę nigdy nie będziemy do siebie należeć, bo ja wciąż mam zasady i złamanie przysięgi byłoby dla mnie okropnym przeżyciem. Nazywał mnie dzieciakiem i śmiał się z moich idealistycznych przesądów, ale je szanował. Te prawie pół roku, które spędziliśmy razem, nieważne że tylko tydzień w miesiącu, były cudownym, chociaż bolesnym przeżyciem. Ostatni bal, który kończył nasz kurs spędziliśmy siedząc przytuleni do siebie, prawie ze sobą nie rozmawiając. Bo niby o czym mięliśmy gawędzić. Powiedzieliśmy sobie wszystko. Żadnych listów, telefonów, nic. To co nas łączyło nie miało przyszłości. Ja nigdy nie zostawiłabym mojego dziecka, rodziny. On postanowił wyjechać. Bardzo daleko. Miał już paszport, wizę. Nasze życie toczyło się na zupełnie innych torach.
- Przyjedziesz do mnie, kiedy będzie gotowa.
Gotowa na co, na zmianę, męża, kraju, ojca swojego dziecka. Moje dziecko miało ojca. A ja kochałam córkę najbardziej na świecie. Nigdy bym jej tego nie zrobiła.
Paweł nigdy nie dowiedział się o mojej „małej” przygodzie. Czasem miałam wrażenie że się czegoś domyślał, a już zupełnie mnie zaskoczył kiedy wbrew wszelkim wcześniejszym ustaleniom nadał naszemu synowi imię, którego przy nim nie ośmieliłabym się wspomnieć.